Idę

„Ja”, które się lęka wyjść na zewnątrz, kryje się za konstrukcjami. Dlatego najważniejsza z dekonstrukcji, a także ich kres, polega właśnie na dotarciu do „ja”, które stoi u spodu tej czy innej struktury. Oczywiście, zdarzają się „ja” konstrukcyjne, czyli fałszywe, wydumane, udające siebie. Łatwo je jednak rozpoznać. Charakteryzują się bowiem samokontrolą, a przez to sztywnością. „Ja” fałszywe jest powtarzalne i prędzej czy później okazuje się zwyczajnie nudne. „Ja” pierwotne, „ja” nagie, nudne nigdy nie jest. Będąc nieuchwytne dla rozumu, nie wie nic o sobie, bo – jak twierdził Heidegger czy Sartre – istnienie wyprzedza istotę.

Moje istnienie wykluwa się stale z tego, co zdołało uchwycić z siebie jeszcze przed momentem. Jestem i nie jestem tym, kim byłem chwilę wcześniej. Dokąd ja idę? Bo widać, że idę. Chcę, czy nie chcę, idę. Zgoda na tę dynamikę własnego istnienia jest wyzwaniem życia. Nie mogę się utrwalić, ani się zbawić, bo nie mogę się uchwycić. Nie wiem, kim jestem, wiem, kim byłem. Rozpaczliwie szukam oparcia gdzieś poza mym istnieniem. Na darmo. To, że jestem, nie wiąże się z niczym. Trwałość owego nieustannie wyprzedzającego mnie istnienia jest jedyną możliwą nieśmiertelnością, ale ona właśnie wyzbyta jest wszelkiej gwarancji.

Moja rozmowa z kroczącym przez życie „ja” jest najważniejszą z rozmów. Jej subiektywny język to dla mnie jedyna osiągalna obiektywność. Tylko nagość mego istnienia wyzbyta jest z wszelkiej struktury, tylko ona jest poza jakąkolwiek konstrukcją. To ona też stanowi miejsce, gdzie prawdziwie spotykam się z innymi. Bo gdzie indziej spotkać się nie mogę. Bo gdzie indziej mnie nie ma. Tylko tu prawdziwie jestem, gdzie jestem.

Dlatego mówić będę z miejsca, w którym idę, miejsca, które odsłoniło się we mnie na dobre. Nie umiem już o nim nie pamiętać, co wcześniej zdarzało się przecież nie tak rzadko. Pamięć o nim jest trwalsza niż przywiązanie do wszystkich dogmatów. Nie mam już żadnej instytucji (mego) zbawienia. Nic już nie osłania mojego idącego „ja”. Bronię się tylko bezradnością. A jednak to dziś, ja bezradny i nagi, przechodzę wreszcie przez ciemność totalnej niewiedzy, to dopiero dziś godzę się na drogę, na którą dotąd zgodzić się nie byłem w stanie. Nagość mego istnienia jest całym mym bogactwem, jedynym punktem podparcia, jest perłą, dla której sprzedałem wszystko.

Każdy tekst jest autobiografią – twierdzi Derrida. Ot co zostaje z tekstu po jego dekonstrukcji. Pisząc, z musu się jakby konstruuję, ale czy zdekonstruuję się, nie pisząc? Czy możliwe jest pisanie, które nie jest rozwojem myśli, ale jej „zwojem”, nieustannym jej zwijaniem, dekonstruowaniem tuż u źródła, tak aby uchwycić źródło, aby zbliżyć się do miejsca w sobie, z którego wszystko wytryska? Czy możliwe jest takie pisanie siebie, które jest jak ćma, latająca wokół ognia, aż do spalenia skrzydeł? Piszę poniekąd, by nie pisać, by się wypisać, wystrzelać wszystkie naboje i polec…, poddać się wreszcie.

31 stycznia 2011